Chihuahua, czyli o pożytkach z cointreau

W ramach ostatnich eksperymentów dochodzę do wniosku, że Cointreau jest likierem bogów i dodanie go do dowolnego cocktailu spowoduje poprawę smaku tego ostatniego. Skuteczność chwilowo stuprocentowa, aczkolwiek muszę szczerze przyznać, że próba dodania cointreau do Martini i Bloody Mary wciąż jeszcze przede mną.

Na razie metodą dodawania cointreau do wszystkiego dotarłem do cocktailu pod malowniczą nazwą Chihuahua. Składa się on w równych częściach z rumu (w moim przypadku ostatnio odkryty Myers Dark Rum) i Cointreau, zmieszanych w niskiej szklaneczce typu tumbler i uzupełnionych paroma kostkami brązowego cukru (nie mieszamy, niech się powoli rozpuszcza).

Jako że w międzyczasie nadszedł wieczór po jednym z nielicznych w tym roku cieplejszych dni, proponuję zabrać szklaneczki i przenieść się do ogrodu. Państwa zdrowie!

Wakacje

Szybka notka tytułem usprawiedliwienia — ostatnia dłuższa przerwa pomiędzy kolejnymi wpisami została spowodowana wyjazdem wakacyjnym do miejsca bez Internetu, za to z niezłym klimatem. Ale nic straconego, gdyż czas zaoszczędzony na czytaniu blogów pozwolił na wstępne uporządkowanie materiału do kilku kolejnych wpisów. Już wkrótce notki o caipi, margaritach, mojito, pina coladzie, jak również kontynuacje rozpoczętych wpisów o martini i daiquiri. Stay tuned.

Daiquiri

Dziś proponuję pierwszego przedstawiciela wielkiej rodziny cocktaili typu sour. Generalna reguła w ich przypadku brzmi „alkohol, likier lub syrop oraz sok z cytryny lub limonki”. Zapamiętanie tego schematu pozwoli nam radykalnie skrócić i uprościć recepturę i pozwoli więcej czasu spędzić na mniej lub bardziej związanych z danym napojem dygresjach.

Na początek ogólny opis Daiquiri:

  • A(lkohol)=rum
  • S(łodycz)=cukier/syrop cukrowy
  • K(waśność)=sok z cytryn

Przygotować Daiquiri możemy na co najmniej kilka sposobów. Amerykańskie restauracje (w tym np. obecny w Polsce TGI Friday’s) często korzystają z tzw. daiquiri/margarita machine, czyli pracującego w trybie ciągłym ślimakowatego młynka mielącego lód zmieszany z sokiem i syropem. W tym momencie po dodaniu do tak powstałego śniegu porcji rumu otrzymujemy gotowe daiquiri (w wersji ‚frozen’). Produkt raczej przemysłowy, czego nie musimy traktować jako zniechęcania — w warunkach domowych uzyskanie efektu frozen jest zazwyczaj szalenie pracochłonne.

Od jakiegoś czasu jestem raczej fanem bardziej osobistego podejścia do cocktaili. Dlatego daiquiri przygotowuję w wersji wstrząsanej lub tradycyjnej. Wstrząsane daiquiri przygotowujemy wlewając do shakera wypełnionego drobno kruszonym lodem biały rum, sok z cytryny i syrop cukrowy. Wstrząsamy energicznie, po czym przelewamy wraz z lodem do schłodzonego kieliszka cocktailowego.

Wersja tradycyjna, stosowana m. in. przez Ernesta Hemingwaya (który swoje cocktaile zamawiał w wersji Papa Doble, czyli w wersji z podwojoną ilością głównego alkoholu, co polecam wszelkim miłośnikom cocktailowej popeliny) polega na napełnieniu wysokiej szklanki typu highball kruszonym lodem, na co kolejno wsypujemy łyżeczkę cukru, wyciskamy sok z jednej cytryny lub z jednej-dwóch limonek i wlewamy 50-100 ml białego rumu, po czym energicznie mieszamy długą łyżeczką (zwaną zwykle łyżką barmańską). Jeśli okolica wygląda jak karaibski hotel wypełniony amerykańskimi turystami, a my wyglądamy jak tegoż hotelu pracownik — w drinka wtykamy jeszcze malutką parasolkę.

Zdrowie!

Bardzo wolny Meksyk

Przy okazji którejś z wizyt w Warszawie zdarzyło się nam jeść obiad w (skądinąd bardzo miłej) restauracji Luizjana w centrum handlowym Arkadia. Mall to nie jest zazwyczaj miejsce, w którym spodziewamy się rewelacji, jeśli idzie o kuchnię i napitki, tym przyjemniejsze było pozytywne zaskoczenie. Miłośnikom dobrej kuchni amerykańskiej, tex-mex i cajun polecam, szczególnie że ceny (zwłaszcza jak na stolicę) bardzo umiarkowane. Ale dość tej dygresji, wracamy do drinków.

Właśnie w tej restauracji miałem okazję spróbować bardzo ciekawego longdrinka, który na jakiś czas stał się nawet moim ulubionym. Nazwany w karcie Black & Black, mógłby równie dobrze nosić nazwę Mexico Libre przez narzucające się podobieństwo do opisywanego tu już Cuba Libre. Równie prosty, jak w przypadku oryginału, była też przepis: do szklanki typu highball wlewamy dwie części tequili (po paru eksperymentach skłaniałbym się tutaj do złotej) oraz jedną część cointreau, wrzucamy lód i pokrojoną w ćwiartki limonkę i zalewamy to wszystko colą.

Shake it, shake it, shake it

Dobra rada dla początkujących barmanów: shaker to nie maracas. Użycie shakera ma swój bardzo konkretny cel i nie jest nim to, żeby barman z shakerem w ręku wyglądał cool wykonując jakieś śmieszne ruchy, tylko jak najlepsze wymieszanie i schłodzenie napoju, który do shakera wlaliśmy razem z lodem. Dlatego proszę się nie ociągać i przy mieszaniu włożyć w to trochę energii. Ludzkie ramię ma dość sporo siły i zasięgu, niech zatem ten shaker wykona co najmniej kilkanaście przebiegów na półmetrowej trasie. Zaręczam, że efekt wywołany w ten sposób na publiczności wcale nie będzie gorszy, za to koktajl skorzysta znacznie.