Martini

Dziś klasyka klasyki, czyli martini. Ultymatywny męski drink, kwintesencja koktajli.

Klasyczne dry martini to rzecz niezwykle prosta: wypełniamy kubek shakera kruszonym lodem, wlewamy 3 do 6 części ginu (im więcej, tym koktajl będzie bardziej wytrawny) i jedną część wytrawnego wermutu, mieszamy energicznie łyżką i przelewamy odfiltrowując lód do schłodzonego kieliszka koktajlowego. Schłodzenia nie powinniśmy żadną miarą ograniczać do kieliszka — jeśli tylko mamy taką możliwość, to zarówno kieliszki, jak i butelkę ginu oraz shaker najlepiej trzymać w zamrażarce.

Ozdabiamy szpadką z nawleczonymi kilkoma oliwkami. Jeśli nie lubimy oliwek, można poeksperymentować z innymi dodatkami, pozostając jednak cały czas w obszarze kwaśno-słonym. Świetnie sprawdzają się np. malutkie korniszonki lub marynowane cebulki (ta ostatnia wersja dorobiła się nawet własnej nazwy — tak przygotowane martini określa się jako „Gibson”).

Dla wyjaśnienia — sporo przepisów posługuje się „częściami” zamiast konkretnymi objętościami. W praktyce robiąc koktajl dla jednej osoby „część” zazwyczaj przekłada się na 20-30 cl, w zależności od wielkości docelowego naczynia.

Jako że koktajl ten ma długą historię (legenda mówi, że stworzono go w czasach prohibicji w USA, by przez zmieszanie z wermutem zamaskować smak podłego ginu pędzonego w wannie), zdążył obrosnąć obszernym folklorem i licznymi wariantami. Długą przerwę od ostatniego wpisu zawdzięczacie Państwo m. in. temu, że początkowo planowałem jeden duży i wyczerpujący artykuł na temat tego koktajlu, omawiający wszystkie aspekty, detale i niuanse. Po pewnym czasie zmagań z tematem zakończyłem wreszcie decyzją, że lepiej będzie tę dziedzinę pokonywać — nazwijmy to tak — małymi łyczkami.

Uważniejsi czytelnicy zauważą, że powyższy przepis nakazywał zamieszanie łyżką, czemu zatem superagent 007 zamawiał swoje koktajle „wstrząśnięte, nie mieszane”? Odpowiedź jest prosta — James Bond zazwyczaj pijał vodka martini, podstawowy wariant alternatywny, w którym zamiast ginu dodajemy 3 do 6 części zmrożonej wódki. W wersji tej często w charakterze dekoracji zamiast oliwek lub pikli stosuje się tzw. lemon twist, czyli pasek ze skórki cytrynowej, przed dodaniem skręcony nad kieliszkiem w celu wyciśnięcia olejków eterycznych.

W przypadku gin martini tradycyjni koneserzy domagają się, aby koktajl był zmieszany, a stojąca za tym teoria mówi o „wzburzaniu” napoju w trakcie wstrząsania, co jakoby zakłóca „układanie” się ginu i zaostrza przez to goryczkowaty smak. Techniczna różnica polega na tym, że koktajl wstrząśnięty jest zimniejszy, zawiera nieco więcej wody oraz pewną ilość bąbelków powietrza, co istotnie ma niewielki wpływ na wynikowy smak drinka, szczególnie w przypadku wersji z wódką. Czytelnikom radzę spróbować wszystkich wariantów w celu wyrobienia sobie własnej opinii, a chcącym podtrzymywać tradycję — mieszanie wersji z ginem i wstrząsanie wersji z wódką.

A na koniec wariant historyczny, czyli przepis na martini samego Winstona Churchilla. Przygotowujemy je w ten sposób, że sześć części ginu mieszamy z lodem, przelewamy do kieliszka i kłaniamy się w kierunku Francji, ojczyzny wermutu.

L’chaim!

Between the sheets

Może dziś jakiś cocktail?

Between the sheets podpowiedziała mi znajoma w czasach, gdy moja przygoda z napojami mieszanymi dopiero się zaczynała. Moim ulubionym przepisem podówczas była opisywany wcześniej Cuba Libre i drogą eksperymentów doszedłem właśnie do wniosku, że zdecydowanie lepiej smakuje mi wersja przygotowana z użyciem ciemnego rumu. Powstało zatem pytanie, do czego właściwie można wykorzystać rum biały. Jedną z propozycji było daiquiri (o którym kiedyś jeszcze napiszę), kolejną zaś — opisywany dziś cocktail.

Przepis jest prosty banalnie:

  • 40 ml białego rumu
  • 40 ml Cointreau
  • 40 ml koniaku lub brandy,
  • 5-10 ml soku z cytryny

Składniki wlewamy do shakera wypełnionego kruszonym lodem, mocno wstrząsamy i przelewamy (odcedzając) do kieliszka koktajlowego.

Lojalnie uprzedzam osoby nienawykłe, że jest to typowy cocktail, czyli napój dość mocny. Przyjaciel z dzieciństwa mojego przyjaciela Jarka podczas pewnej imprezy stwierdził: „Dawno temu myślałem, że drink to takie coś, gdy do szklanki wlewamy odrobinę alkoholu i zalewamy to lemoniadą lub sokiem. Odkąd poznałem Jarka wiem, że drink to bywa też wóda zmieszana z wódą i wódą”. Tak jest i w tym przypadku, więc proszę nie kasłać, że smak alkoholu jest odczuwalny.

Prosit!

Edycja 2010-09-26: Uzupełniłem artykuł o zdjęcie (i poprawiłem jednostki miar).

Bar otwarty!

Witam. Czego się Państwo napiją?

Na początek klasyka longdrinków, czyli Cuba Libre. Wszyscy znają, nawet jeśli o tym nie wiedzą — w najprostszej wersji to po prostu rum z colą. I jak z każdym, nawet najprostszym drinkiem, odrobina staranności bardzo poprawia efekt.

Przepis, który zazwyczaj stosuję, jest następujący: szklankę typu highball napełniamy w 1/3 ciemnym rumem, wrzucamy lód (kostki albo — lepiej — kruszony) i kilka ćwiartek limonek lub cytryn i uzupełniamy colą. W przypadku wyjątkowych braków w zaopatrzeniu można zrobić wersję bez limonek/cytryn, ale odradzam, jako że napój zdecydowanie na tym traci.

Wersja dla słabszych i nieprzystosowanych: najpierw wrzucamy lód i limonki, a dopiero potem napełniamy szklankę rumem do tej samej wysokości, dzięki czemu uzyskujemy drinka odpowiednio słabszego.

Celowo pominąłem do tej pory kwestię, jakiego rumu użyć. Zdecydowanie odradzam biały rum, który po zmieszaniu z colą nieco ginie. W zasadzie dowolny złoty lub ciemny rum powinien się w tym zastosowaniu dobrze sprawdzać, osobiście najczęściej stosuję Bacardi Black, który jest relatywnie łatwo dostępny, a dzięki nieco słodkawemu zapachowi znakomicie komponuje się z colą. Aha, i dla porządku: rum „Seniorita” to nie rum, tylko jakaś kompletna pomyłka, o istnieniu której świat powinien jak najszybciej zapomnieć.

I na koniec drobna modyfikacja, którą niedawno wypróbowałem ze świetnym skutkiem: zmniejszamy nieco ilość rumu (do ok. 1/4 szklanki), a w jego miejsce dodajemy niewielką ilość cointreau. Polecam spróbować nawet osobom, których Cuba Libre w wersji oryginalnej już kompletnie nie cieszy, bo efekt jest niezwykle ciekawy.

Skool!

Edycja 2010-09-27: Nowa, ulepszona wersja przepisu na Cuba Libre tutaj.