Tag Archives: whisky

Summertime: Gin Rickey

Przyczyną nieco dłuższej niż zazwyczaj przerwy między wpisami, obok przedurlopowego zaganiania, stało się niespodziewanie przyjemne w tym roku lato, które spowodowało, że przez ostatnich kilka weekendów głównie przygotowywałem hurtowe ilości znanego i lubianego Mojito. Aby jednak nie osiadać na laurach, dzisiaj zapraszam na inny z klasycznych letnich longdrinków: Gin Rickey.

Większość popularnych źródeł podaje jako miejsce narodzin tego cocktailu bar Shoemakers w Waszyngtonie, zaś jako genezę nazwy nazwisko bywającego tam jednego ze znanych pod koniec XIX wieku amerykańskich lobbystów, pułkownika Joe Rickeya. Pierwotnie bazował na bourbonie, ale swoją klasyczną formę osiągnął, gdy podstawowym alkoholem stał się gin.

Składniki:

  • 60 ml ginu,
  • pół limonki,
  • woda sodowa.

Gin wlewamy do wysokiej szklanki typu highball wypełnionej kostkami lodu. Limonkę wyciskamy do szklanki, a wyciśnięty owoc wrzucamy do środka. Dolewamy do pełna wody sodowej, mieszamy i podajemy ze słomką. Spożywamy obowiązkowo w słomkowym kapeluszu na werandzie.

Gin Rickey

Niektóre z wersji powyższego przepisu sugerują dodanie odrobiny cukru. Odradzam – Rickey to co prawda dosyć kwaśna, ale jednak wyrazista i odświeżająca mieszanka i dodatkowa słodycz raczej ją popsuje. Z czym warto poeksperymentować, to główny alkohol – istnieje wersja z whiskey (oryginalny Joe Rickey), jak też i Brandy lub Rum Rickey. Jeśli mamy jakiś ulubiony alkohol, to warto spróbować, spora szansa na to, że w wersji Rickey w gorący letni dzień będzie smakował jeszcze lepiej.

Highball

Uważni czytelnicy tego bloga zauważyli zapewne, że nie jestem wielkim fanem typowego polskiego „drinka”, czyli cocktailu określanego fachowo jako „highball”: alkohol w wysokiej szklance, zalany większą ilością lemoniady lub soku. Pamiętając jednak, że pierwszym przepisem opublikowanym w Tarasco Bar było Cuba Libre, który jest właśnie klasycznym highballem opartym o rum i colę z dodatkiem limonek, wróćmy na chwilę do tej prozaicznej kombinacji.

Jako zdeklarowany i wielokrotnie rozpoznany snob nie przepadam za highballami ze względu na ich brak wyrafinowania – cóż prymitywniejszego niż porcja alkoholu rozrobiona w szklance napoju. Cocktaile tego typu mają jednak swoje miejsce w historii miksologii, warto więc wiedzieć o nich to i owo. Geneza nazwy nie jest zbyt jasna, najbardziej prawdopodobna hipoteza sugeruje rozwinięcie „ball” jako synonimu „porcja whisky/alkoholu” przez kombinację z „high” dla zaznaczenia, że mieszanka podawana jest w wysokiej szklance. Do rodziny tej zaliczają się takie klasyki jak opisywany wcześniej Screwdriver, Scotch & Soda czy Cuba Libre, ale również (świadomie) pomijany dotąd przeze mnie Gin & Tonic, czyli mieszanka wywodząca się oryginalnie ze zwyczaju mieszania roztworu chininy z porcją ginu w celu uprzyjemnienia przyjmowania tego paskudnego lekarstwa na malarię.

Dzisiejszy przepis chciałbym poświęcić cocktailowi, który w ojczyźnie cocktailu był często synonimem określenia „highball”, czyli Bourbon Highball.

Składniki:

  • 60 ml (dwie uncje) bourbon whiskey,
  • ginger ale.

Whisky (oryginalnie bourbon, ale znakomicie komponuje się również kanadyjska rye whiskey albo whiskey irlandzka) wlewamy do wysokiej szklanki typu highball wypełnionej kostkami lodu. Dopełniamy ginger ale i przyozdabiamy paskiem skórki cytrynowej (lemon twist).

Highball

Jak James Bond: Scotch & Soda

Nie mogłem ostatnio nie zetknąć się z małym dramatem, jaki wywołała informacja, że James Bond w najnowszym filmie będzie pił piwo Heineken. Jako fan całej serii (zarówno filmów, jak i książek) muszę wyznać, że nie do końca rozumiem związany z tym skandal. Nie jest to ani pierwsza okazja, przy której słynny agent 007 będzie pił piwo – wszak raczył się właśnie Heinekenem w powieści Goldfinger.

Wypada też pamiętać, że słynny bondowski cocktail, czyli Vodka Martini (shaken, not stirred, if you give a damn), jest również efektem product placementu – jego pojawienie się w filmach wiązało się w znacznej mierze z kampanią reklamową wódki Smirnoff, która (dość skutecznie) próbowała w początku lat 60 znaleźć swoje miejsce na amerykańskim rynku.

Vodka martini, choć najsilniej utrwalone w świadomości odbiorców, nie jest w żadnym razie najpopularniejszym drinkiem Bonda. Nieistniejąca już strona Make Mine a 007 (na szczęście jej kopia zachowała się w Internet Archive) jednoznacznie pokazuje, że najpopularniejszym napojem agenta 007 jest… szampan! Vodka Martini zajmuje drugą pozycję w przypadku filmów, a dopiero piątą w powieściach, gdzie króluje bourbon, sake (dzięki You Only Live Twice), szampan i szkocka z wodą sodową.

Aby poczuć się jak tajny agent MI6 do zadań specjalnych, zmieszajmy sobie dzisiaj ten ostatni drink. Wpiszemy się tym samym w wielowiekową tradycję, w ramach której był to jeden z popularniejszych sposobów podawania whisky na obszarze imperium brytyjskiego.

Składniki:

  • 100 ml whisky (tradycyjnie szkockiej, ale irlandzka lub kanadyjska też się nieźle sprawdza),
  • 100 ml wody sodowej.

Scotch & Soda

Whisky wlewamy do szklaneczki Old Fashioned  wypełnionej kostkami lodu. Dolewamy wodę sodową. Całość przyozdabiamy paskiem skórki cytrynowej. Służbie zlecamy wyprzęgnięcie wielbłądów i zwiększenie wydajności wachlowania.

Ananasowa wiosna: Kentucky Cocktail

Za oknem zrobiło się prawie lato, maj za pasem – czas więc chyba kończyć nasz ananasowy cykl. Dzisiaj zapraszam na prosty cocktail na bazie bourbon whiskey, znany jako – bo jakże inaczej – Kentucky Cocktail.

Składniki:

  • 80 ml bourbona,
  • 40 ml soku ananasowego.

Składniki wstrząsamy w shakerze i przelewamy do schłodzonego kieliszka cocktailowego, który ozdabiamy ostanią ćwiartką ananasa. Wypijamy w ogrodzie na hamaku, rozkoszując się niemal letnią pogodą.

MMM: Smoky Martini

Aczkolwiek pisałem wcześniej o klasycznym Martini, Sweet Martini i Vesper, to jest wciąż kilka odmian tego cocktailu, które warte są wzmianki. Dlatego chciałbym Państwa zaprosić dziś na pierwszy odcinek serii MMM: Marzec miesiącem Martini.

Dzisiejszy cocktail znany jest jako Smoky Martini. Przyjrzyjmy się jego składnikom:

  • 90 ml ginu,
  • 10-20 ml szkockiej whisky,
  • (opcjonalnie) kilka kropel orange bitters.

Składniki wlewamy do kubka barmańskiego wypełnionego lodem i mieszamy, po czym przelewamy do schłodzonego kieliszka cocktailowego, a na koniec uzupełniamy oliwką lub paskiem skórki cytrynowej.

Mała porada na marginesie: aczkolwiek do wykrawania skórki najlepiej jest wyposażyć się w specjalny zester, to istnieje prosty trick pozwalający przygotować pasek skórki z użyciem zwykłych narzędzi kuchennych. W tym celu przekrawamy owoc w poprzek, po czym cienkim nożem nakrawamy skórkę dookoła tuż pod powierzchnią (wzdłuż białej masy), a następnie odkrawamy plasterek. Miąższ wypada, a w ręku zostaje nam elegancki i równy pasek. Szczegóły możemy obejrzeć na video poniżej.

Co do cocktailu, to jest to z wielu względów mieszanka interesująca i nietypowa. Po pierwsze, w typowych drinkach rzadko łączy się różne główne alkohole, szczególnie tak wyraziste jak gin i whisky. Tutaj jednak niewielki dodatek szkockiej pełni rolę normalnie zarezerwowaną w Martini dla wermutu, dając jednak całkiem odmienny i ciekawy efekt smakowy. Zachęcam do spróbowania.

Po drugie, jest to jeden z niewielu przypadków, gdy do cocktailu można, albo wręcz warto, użyć którejś z wyrazistych szkockich whisky single malt. Charakterystyczny torfowy aromat Laphroaig czy Lagavulin, nie do zastosowania na przykład w Manhattanie, tutaj sprawdzi się świetnie, o ile użyty oszczędnie i skontrowany równie wyrazistym ginem.